Są reportaże pisane dla pieniędzy. Są też reportaże pisane dla sławy. Ten reportaż prasowy został napisany po to, by pokazać, że się da. Mimo problemów, mimo braku możliwości po prostu – się da. Dziennikarz to najlepsza droga przekazu pomiędzy ludźmi. Ludźmi, którzy dają wiarę tym, którzy jej nie mają. To rozmowa z dwoma młodymi chłopakami, którzy mają ambicję i chęci, ale nie zapominają o rodzinie:

Wyjeżdżają z rodzinnego domu po szkole średniej, a nawet w jej trakcie. Czasem z przymusu, ale głównie po to, by udowodnić, że są już dorośli

  „Żeby mama była dumna”

Arek (20 l.), obecnie pracownik firmy wstawiającej okna PCV i Mateusz (20 l.), właściciel agencji reklamowej. Oboje w jednym wieku, oboje z Górnego Śląska i tak samo odważni. Choć ich historie diametralnie się różnią. Za to bardzo mocno łączy ich jedna cecha – kiedy zaczyna być ciężko, myślą o rodzinie.

Dwie koszulki i karton fajek

Arkadiusz z Siemianowic Śląskich, ma dwadzieścia lat, z ledwością skończył szkołę średnią. Od zawsze stawiał na pracę. – „Wykonywałem prace, które do wymarzonych nie należą, są banalne, mało skomplikowane i słabo płatne. Umówmy się, na rozwożeniu pizzy kokosów nie zbijesz. Jednak mam tę satysfakcję, że zarobiłem uczciwie trochę gotówki. Potem z pracą było coraz gorzej. To znaczy albo jej nie było albo było jej bardzo mało”– opowiada.
I kiedy pojawiła się propozycja pracy w Irlandii zwanej „zieloną wyspą”, podjął decyzję w sekundę. Bez zastanowienia spakował do plecaka laptopa, dwie koszulki i karton papierosów. Zapożyczył się u siostry na bilet lotniczy i na pierwszy tydzień życia w Irlandii.
„To był początek marca. Zadzwonił do mnie kuzyn i powiedział: – Arek jest praca na już, wszystko pewne. Decyduj się, odpowiedź trzeba dać już. – Nie wiem, muszę się zastanowić. – To jedziesz, kurwa, czy nie? – Dobra jadę.”
Po dwóch dniach od telefonu siedział w samolocie. Wexford, portowe miasto na południowym wschodzie Irlandii czekało już na niego. – „Irlandio nadchodzę, ale się boję, bardzo – to była pierwsza moja myśl po wejściu do boeinga, pierwszy raz w życiu. Nie do końca wiedziałem do jakiej pracy jadę. Wiedziałem, że będzie to bar, a właściwie restauracja. Czyli albo na kuchni albo za barem”. Kuzyn odebrał go z lotniska i zawiózł w przyszłe miejsce pracy, żeby zapoznać z szefem, a dopiero potem pokazał mu nowy dom. „Dotarliśmy na miejsce i tutaj pojawił się pierwszy problem…”  Na miejscu wszystko było tak, jak opowiadał mu kuzyn Jacek przez telefon. Na kuzyna może liczyć, w końcu to rodzina. Poza tym Jacek jest w Irlandii już szósty rok. Pracuje jako kelner, ale nie tam, gdzie ma pracować Arek.

Odszedłem z domu. Sam

Mateusz, właściciel agencji reklamowej, przyjechał do Katowic z jednej spod częstochowskich wsi. To był początek czerwca. Oczekiwał wtedy na wyniki z matury. – „W Katowicach pojawiłem się w czerwcu i od razu wiedziałem, że chcę tutaj zostać. Zdałem maturę i wybrałem studia na Uniwersytecie Ekonomicznym. Studiuję informatykę”. Jednak swoją przygodę z komputerem rozpoczął dużo wcześniej. Kiedy miał szesnaście lat stworzył pierwszą stronę internetową. Słabą, na darmowym szablonie – „Robiłem strony dla znajomych. O miodach, o kajakach, próbowałem wszystkiego. To bardzo kulało”.

– Co było najlepsze? – „Dostałem propozycje pozycjonowania w Internecie. A, że kontakt był głównie mailowy to ja mogłem zacząć pracę, mimo tego, że miałem 16 – 17 lat. Znajoma zapytała czy umiem pozycjonować. Ja odpowiedziałem, że tak, a potem dopiero dowiedziałem się co to jest.”

Inglisz stał się easy

Arek dopiero po przyjeździe na miejsce uświadomił sobie, co zrobił – „Weszliśmy do restauracji, w której mam zacząć pracę. Stałem jak wryty. Tyle się słyszy, że w Irlandii roi się od Polaków, a w tym miejscu ani jednego. Wszyscy mówią po angielsku, a ja umiem się tylko przedstawić i znam kilka rzeczowników”. – Co na to szef? – „Chyba był przyzwyczajony. Tam często zmieniali się pracownicy, więc była świadomość tego, że nie każdy umie mówić po angielsku”. Zaczyna się pierwszy dzień pracy. Wszystko legalnie, na umowę, z ubezpieczeniem, z odprowadzaniem podatków. Lecz na darmową wizytę u lekarza i tak nie ma co liczyć, bo dopiero po pół roku pobytu dostaje się „medical card”. Więc na każdy ból trzeba iść się skarżyć prywatnie. Co trochę kosztuje…

Pomoc kuchenna – to stanowisko dla Arka na początek. Od wycierania podłóg, zmywania garów, po robienie drinków czy zup. Pierwszy dzień w pracy Arek spędził w towarzystwie kuzyna, więc jeśli czegoś nie wiedział, mógł zapytać, po polsku. Każdego następnego dnia musiał liczyć tylko na siebie – „Teraz się z tego śmieje, ale naprawdę męczyło mnie to, jak czegoś nie rozumiałem. Musieliśmy się dogadywać na migi”. W tym momencie musiał bardzo szybko dorosnąć, wziąć się za siebie i uczyć języka międzynarodowego. Zamieszkał w starym domu od szefa, za który nie musiał płacić. Mieszkał tam wspólnie z dwoma Chińczykami i dwoma Irlandczykami. – „Przebywałem z nimi niemal cały czas, więc szybko uczyłem się tego, co do mnie mówili. Po trzech miesiącach była już zrozumiała komunikatywność między nami. Jednak czułem wielką ulgę, kiedy odwiedzałem kuzyna i polski dom”. Teraz twierdzi, że taki wyjazd to lepsza szkoła językowa niż liceum czy nawet studia.

Mamo, zdrowiej …

Arek opuszczając Polskę, miał w głowie gotowy plan. Marzył o nowym samochodzie i komputerze. Jednak poza rzeczami materialnymi pojawiło się inne marzenie. Chyba najtrudniejsze do spełnienia, bo nie do końca zależne od niego. – „Marzę o tym, żeby mama wyzdrowiała. Jest chora i potrzebuje pieniędzy. To stąd po części ten mój wyjazd…” Problemy zaczęły się nawarstwiać kiedy wyjechał na „zieloną wyspę”. Najpierw zmarła babcia, a trzy dni później dziadek. Najbardziej bliscy mu ludzie. Ludzie, na których zawsze mógł liczyć. Teraz odeszli, kiedy on był tak daleko od nich.

Mama Arkadiusza nie powiedziała mu nic o śmierci jej rodziców. I wtedy została sama. Ona i jej depresja. – „Mimo choroby, mam do mojej mamy ogromny żal i wyrzuty sumienia. Nikt nie powiedział mi o śmierci moich kochanych dziadków, bo myśleli, że stracę pracę. A przecież na pewno dostałbym wolne, by wziąć udział w ostatnim pożegnaniu. Nawet jakbym stracił pracę, to pieprzyć to. Rodzina jest dla mnie najważniejsza”. Arek ma też żal do swojego ojca. Nie o to, że też ukrywał śmierć dziadków, ale o to, że nie wspierał matki. – „Nie pocieszał jej, bo twierdził, że nad rozlanym mlekiem się nie powinno płakać”.

Kocham Cię Polsko

Arek próbuje zamaskować swoje emocje mimo tego, że drżą mu ręce, a w oczach pojawiają się pierwsze łzy – „Najbardziej doceniłem to, co straciłem jadąc do Irlandii. A najbardziej brakowało mi rodziny. Wiesz, do dziś boli mnie to, że w domu były problemy, a ja nie mogłem nic zrobić. Nic poza wysyłaniem pieniędzy, ale jak widać – pieniądze to nie wszystko”. Arek nie spytał nawet mamy czy chciałaby z nim polecieć. Nie pyta nawet dziś, tak z ciekawości. Nie pyta mimo tego, że jest już na stałe w kraju i nie ma zamiaru ruszać się poza jego granicę przez najbliższe kilka lat. – Co musiałoby się stać, żebyś znów wyleciał ? – „Mama musiałaby całkowicie wyzdrowieć. Po moim powrocie mama powiedziała mi, że jeśli mam być tak daleko od niej tylko ze względu na pieniądze to woli być biedna. Biedna, ale ze mną.”
Zawsze kiedy Arkadiusz dzwonił do domu, mama pytała o zdrowie, pogodę i plany na wieczór. A ojciec jak mantrę powtarzał pytanie o pieniądze. W końcu spłacił dług, jaki miał u taty i nie chce z nim poruszać już tematu zarobionych pieniędzy. Co ważne, jego pieniędzy, które sam uczciwie zarobił za granicą. Przez pieniądze stracił też kilku znajomych, którzy myśleli, że po powrocie do kraju Arek będzie przyjacielskim sponsorem wszystkiego.

Pół roku poza domem dało mu do myślenia. Przekonał się, że trochę za szybko chciał dorosnąć. Nie żałuje tego, co przeżył, widział, dotknął. Ale Polski już nie opuści. – „We wrześniu wróciłem do domu. Z jednej strony myślałem, że będę tam chociaż rok, a z drugiej cieszę się, że znów tu jestem. Dusiłem się tym, co tam się działo i z dnia na dzień wiedziałem, że koniec jest coraz bliżej. To była niezła szkoła życia i przynajmniej przekonałem się o tym, że kocham mój kraj, kocham Polskę”.

„Wygadanego i pewnego siebie zatrudnię”

Arek do matury nie podszedł. A właściwie nie dopuściła go nauczycielka matematyki. Postawiła mu ultimatum – albo podchodzi do matury i ma niedostateczny z przedmiotu, więc i tak do matury nie może podejść albo rezygnuje z matury i z oceną dopuszczającą kończy liceum. Musiał wybrać. Nie żałuje – „ Szanuję ludzi, którzy chodzą na studia, ale ja mam inne podejście do życia. U mnie w domu od zawsze liczył się każdy grosz, więc pracowałem wszędzie, gdzie się dało. A poza tym, nie każdy musi być magistrem”. Arek pokazując zdjęcia z wyjazdu opowiada o osobach, które próbują wyjechać za granicę poprzez agencję pracy. Często zadłużają się tylko po to, by polecieć i dowiedzieć się, że praca, która mieli wykonywać, zniknęła. – „Ja jadąc do Irlandii po znajomości miałem ciężko. Widzisz, byłem tam ledwie pół roku, bo nie było roboty. Lepiej szukać czegoś u Nas, przynajmniej wiesz na czym stoisz”.

Mateusz z Katowic jest zdania, że wiele młodych osób jest bezrobotnych, bo nie ma pomysłu na siebie. – „Czasem wracam do siebie na wieś, na stare śmieci. Widzę, że ci ludzie, którzy siedzieli kiedyś na ławkach przed blokiem, dalej tak siedzą. To jest trochę przykre”.

Czasami trafi się pracodawca, któremu wystarczą spryt i chęci pracownika, a czasem trzeba przedstawić stos papierów przedstawiających kwalifikacje i doświadczenie.
– „Za czasów liceum, kiedy rozwoziłem pizze i zarabiałem marne grosze, szukałem też innych ofert.  Zobaczyłem informację, że w jednym z salonów Toyoty potrzebują faceta, który będzie dostarczał klientom samochody zastępcze.

Powiedziałem szefowi salonu, że jestem w ostatniej klasie liceum. Odpowiedział mi, że nie potrzebują ludzi po studiach, tylko wygadanych i pewnych siebie.

Choć do dziś nie wiem, do czego to było potrzebne w tej pracy. Byłem zadowolony, że dostałem te fuchę. Jednak czytając niektóre ogłoszenia, zastanawiam się, jak zdobyć doświadczenie w firmie, w której od razu po szkole wymagają kilku lat doświadczenia”. – tłumaczy Arek.

Tak samo mówi Mateusz – „Niektórzy właściciele firm chcieliby ludzi po studiach z wielkim doświadczeniem. Najlepiej 25 lat życia i tyle samo doświadczenia”.

Moja praca, praca marzeń

Teraz Mateusz zna się już na pozycjonowaniu, reklamie i wie jak poruszać się w internetowym świecie. Prowadzi firmę, studiuje, a dodatkowo pracuje na etacie w jednej z tyskich firm. Również w branży pozycjonowania i agencji reklamowej. – „Wspiera mnie dziewczyna, bez której ciężko byłoby mi osiągnąć to, co mam. Dosyć mocno angażuje się w moje życie i podpowiada mi co poprawić. Jest to mój taki cichy manager.”

Priorytet rodzina

Arek jest przekonany, że gdyby teraz ktoś zaproponował mu pracę za granicą to i tak zostałby w domu. – „Nigdy więcej ich nie zostawię. Dopiero teraz, po przyjeździe do Polski przekonałem się, jak bardzo mi ich brakowało. Kocham ich. I może tego nie widać, ale wszystko co robię jest dla mojej mamy. Po prostu chcę, żeby była ze mnie dumna”.

Mateusz też ma jeszcze kilka marzeń do spełnienia. Jednak nie za wszelką cenę i nie po trupach. – „Wiesz, rodzina jest dla mnie bardzo ważnym elementem życia. Czasami brakuje mi bliskich w Katowicach, a co dopiero gdybym miał pracować za granicą. Kocham Polskę jak Irlandię, ale nigdy do niej nie polecę”.  Musiał szybko dorosnąć. Mimo tego, że rodzicie zawsze mu pomagali. I wspierali go, nie tyle materialnie, co merytorycznie.- „Rzadko trafia się okazja, by do nich pojechać. W weekend studiuje, a od poniedziałku do piątku jestem w pracy. Choć wiem, że są ze mnie dumni”.

PIOTR POLOK