O słoikach już było. Wiele razy pisano kim są, co robią. Dziś słoiki rosną w siłę, a ich kolejne odmiany dominują na pierwszych stronach w gazetach. Skąd bierze się tak wielka chęć zostania kimś pogardliwie nazywanym na ulicach Warszawy?


Hasło znanej na cały Świat marki odzieżowej zachęca: „just do it”. Jeśli czegoś chcesz, to prosto zrób to. Przecież nie ma rzeczy, której nie da się osiągnąć. Przeszkody da się ominąć, a silni wrogowie nie istnieją. Tyle teorii, bo problem pojawia się, gdy trzeba te rady zastosować.

Tygodnik „Polityka” zadaje pytanie: kim są warszawskie „słoiki” i od razu definiuje, że to ludzie z małych miast. Przeważnie bez szans na dobrą pracę w  mieścinie i szukający perspektyw. To prawda, a potwierdzają to różne badania socjologiczne i sondy przeprowadzone wśród Warszawiaków i „Warszawiaków”.

Walkę pomiędzy „Słoikami” a Warszawiakami można porównać do sporu Hanysów (mieszkańców Górnego Śląska) z Gorolami (dla Ślązaków – to osoby zamieszkujące poza terenami Śląska). W zasadzie nie do końca wiadomo za co Hanysy nie lubią Goroli, to na szczęście ten pierwszy spór jest bardziej uzasadniony:

Rodowici zarzucają Słoikom, że zabierają im warszawską przestrzeń zawodowo-parkingowo-przedszkolną. Bo zabierają. 53 proc. spośród 2,4 mln żyjących w Warszawie ma korzenie – w języku socjologicznym – niskozurbanizowane.

Rodzice „słoików” – nie od razu, ale wreszcie godzą się z tym, że ich dziecko do domu nie wróci. A przynajmniej ma taki plan. Z jednej strony wyjazd z małego miasteczka – tym bardziej do wielkiej Warszawy – to porywanie się z motyką na słońce. Wysokie rachunki, niezbędne znajomości, tempo życia. I najważniejsze – odporność na stres. Z drugiej strony coś co niezmiernie cieszy. „Napływowi” tworzą miasto. Przyjeżdżają tam osoby, którym się chce, mają jakiś pomysł na siebie.

Oczywiście zdarzają się osoby, które narzekają, że brudno, że śmierdzi i że nie jest tak jak powinno być. To dobry moment, by zacytować jednego z przyjezdnych Warszawiaków, który w swoim video stwierdził: „Skoro tak narzekacie, to mogę wam powiedzieć, że gnijecie wśród swoich”.

Wracając do definicji słoika, jako osoby z małego miasta. Chciałbym zniszczyć ten stereotyp jednym przykładem. Katowice – Stolica Górnego Śląska – ponoć – drugie, zaraz po Warszawie miasto pod względem zarobków i jakości życia. A mimo to ludzie emigrują ze Stolicy Śląska do Stolicy Polski.

Co ich ciągnie? Pieniądze? Renoma? A może po prostu tam mogą zrobić to, o czym marzą. Może tam mogą pracować w zawodzie, w którym nie ma miejsca dla nich na Śląsku – każdy musi odpowiedzieć sobie na pytanie osobiście.

Sam poprosiłem kiedyś „Warszawskie słoiki” o przepis na wyjazd do Stolicy. I co? Po kilku godzinach od zapytania otrzymałem wpis ze wskazówkami. I gdzie jest ta zazdrość, nieprzychylność? Szukałem, ale niestety, nie widziałem.

Ja tylko na zakończenie przywołam hasło „do it”, a więc chcesz jechać? Jedź. No bo po co żyjesz?  To Twoje życie i marzenia. Lepiej pojechać i żałować niż żałować, że się nie pojechało. Przekonaj się, sprawdź, posmakuj. I zawiedziony wróć do siebie albo zostań i ciesz się, że się udało.

A jak mnie się uda to będę mówił: „Jestem słoikiem, ale nie tym ze wsi. Jestem z wielkiego miasta i przyjechałem do jeszcze większego. Ot co!”